Wiele osób wybiera się w rejon ogarnięty wojną, aby pracować jako korespondent wojenny na własną rękę.

Wysłanie własnego reportera wojennego w miejsce konfliktu zbrojnego to dla każdej redakcji wielki wydatek i spore ryzyko – żaden koncern medialny nie chce narażać życia własnych dziennikarzy.

W dobie Internetu wiele mediów woli opierać swoje materiały na temat danej wojny na podstawie relacji innych środków masowego przekazu czy chociażby filmach zamieszczanych w serwisie YouTube.

Na dodatek coraz powszechniejszym zjawiskiem jest zastępowanie etatowych reporterów wojennych przez freelancerów.

To wolni strzelcy, którzy wyjeżdżają w niebezpieczne miejsca na własną rękę i dopiero po zrobieniu zdjęć na miejscu, próbują je sprzedać różnym redakcjom.

Dla nich to dobry interes – zyskują materiały z pierwszej ręki, a nie ryzykują ogromnych kosztów i nie ponoszą odpowiedzialności za ewentualne problemy korespondenta – freelancera.

Czasem zdarza się, że dobra jakość zdjęć i relacji sprawia, że redakcja wynajmuje takiego freelancera na stałe, ale równie często zdarza się, że propozycja zapłaty za materiały jest na tyle niska, że sam wyjazd okazuje się słabą inwestycją.